Na marginesie tematyki cmentarnej


Franciszek Galiński

Dziadowskie bale

Kult dla zmarłych u większości szczepów ludzkich, nawet bałwochwalczych i zgoła dzikich, trwa od niepamiętnych czasów. Mieli go też pierwotni chrześcijanie, ale usankcjonowany został w świecie chrześcijańskm dopiero w początkowym okresie rozdziału kościołów, bo dopiero w r. 990 za papieży Grzegorza V i Jana XVI razem z kanonizacją świętych.

Różne powstałe później wyznania religijne i różnne narody poświęcają mu inny dzień w roku. Kościół rzymskokatolicki obchodzi go nazajutrz po dniu Wszystkich Świętych, świecki lud jednak już w przeddzień rozpoczyna pielgrzymki do miejsc wiecznego odpoczynku swych bliskich paląc na grabach światła i przystrajając mogiły zielenią i kwieciem.

Z Dniem Zadusznym związany jest cały szereg przysłów, ubranych w ludową formę wierszowaną, jak np.:

Dzień Zaduszny bywa pluśny.
Niebo płacze, ludzie płaczą.
A ubogich chlebem raczą
Rozdając jałmużnę
Za duszyczki różne.

Istotnie, dzień ten przypada około połowy jesieni, gdy po większej części padają deszcze, nierzadko ze śniegiem. Nie przeszkadza to całym rzeszom żebraków zbierać się pod kościołami i u wejść cmentarzy na Powązkach i Bródnie. Korzystają oni z rozrzewnienia i dobrej wiary tych, którzy im dają jałmużnę z prośbą o pobożne "Zdrowaś Maria" za spokój duszy najdroższych osób zmarłych.

Czy taki dziadek lub babka zmówi ową "Zdrowaśkę", to pytanie, ale tym razem ofiarodawcy wystarcza intencja.

Warszawskie dziady do niedawna od lat wielu zbierały przez owe dwa dni żałobne obfite plony. Był to ich doroczny benefis. Toteż słynne były ongi w pobliskim za Powązkami miasteczku Czarny Dwór zwanym bale dziadowskie wyprawiane w dniu 3 listopada.

Na balach tych bawiono się nie gorzej niż na redutach i maskaradach w Teatrze Wielkim.

Bo były też to istne maskarady. W uczestnikach zabawy trudno było rozpoznać nieszczęsnych i kalekich nędzarzy spod wrót cmentarnych. Działy się tu istne cuda i czary. Kulawym odrastały nogi, a bezrękim ręce; wczorajsi ślepcy odzyskiwali wzrok, głuchoniemi - słuch i mowę, a sparaliżowani wywijali hołubce aż miło.

Był to festyn składkowy, wyprawiany kosztem groszowych ofiar na "Zdrowaśki".

Toteż świadomi tego, na jaki cel użyta będzie jałmużna, nieraz urządzali sobie krotochwile. Znamy był w dawnej, naiwnie poczciwej jeszcze z pierwszej połowy XIX wieku Warszawie "kawał" popularnego facecjonisty i ulubieńca publiczności, aktora Żółkowskiego, naśladowany później przez wielu. Dawał on trójce żebraków do równego podziału 10 groszy. Był to żart naiwny, zarazem złośliwy, można sobie bowiem wyobrazić, jaki spór wynikał między obdarowanymi. Każdy chciał wziąć 4 grosze, żeby dwaj inni wzięli po trzy. Zwróćmy uwagę przy tym ma to, jakie grosz miał wówczas znaczenie.

Sięgając dalej wstecz, z "Silva rerum" ks. Żery z w. XVIII dowiadujemy się o obchodach zaduszkowych wiele.1 W Warszawie księża lub służba kościelna zbierają na ten cel dary w naturce i gotowiźnie. Na cmentarzu powązkowskim zbiórka taka odbywa się na tyłach kościoła.

Z Dniem Zadusznm związane też są liczne wierzenia i legendy. Między innymi lud wierzy lub wierzył do niedawna, że wśród nocy poprzedzającej Dzień Zaduszny powstaje w kościele wielka jasność i duszę wszystkich zmarłych parafian zbierają się o północy na modlitwę przed wielkim ołtarzem, po czym odwiedzają swe rodziny.

Jedno z podań przytaczane przez Z. Glogera powiada, że pewna kobieta opłakując zmarłą córkę, pragnąc ją zobaczyć w Dzień Zaduszny, pozostała na noc w kościele.

I oto co ujrzała:

Przed północą zaczęły gromadzić się duszyczki i przybyła jej córka. A miała ona w ręku wielki dzban, który pokazała matce, mówiąc, że są w nim zebrane wszystkie łzy, jakie matka płacząc po niej wylała.

Inna opowieść mówi, że pewien człowiek, ukrywszy się w kościele, gdy uderzyła północ, widział jak jasność wielka ogarnęła całą świątynię wewnątrz. Organy same zagrały i uderzyły wszystkie dzwony, otworzyły się podwoje kościelne, a przed nimi na cmentarzu stanął wielki orszak zmarłych w szatach bogatych i ubogich, poprzedzany przez księży, zakonników i biskupów, z których ze światłem w ręku, kropidłem i kadzidłem w uroczystym pochodzie, każdy wprowadził swoją gromadę do kościoła.

U nas jadła ani napitków, jak gdzie indziej, na mogiły się nie znosi; ale ubiera się groby, jako wspomnienia, kwieciem, światłem i zielenią, natomiast ociera się łzy żalu po zmarłych - jeśli idzie o szerokie warstwy warszawskiego ludu - przy zastawianych trunkami i jadłem stołach w pobliskich cmentarzy traktierniach.2

Właściciele tych zakładów do niedawna w Dniu Zadusznym, równie jak dziady, obfite zbierali żniwo.

Dziś i to ustało.

Przypisy:

  1. Karol Antoni Żera, urodzony w początkach osiemnastego wieku "jowialista i facecista" szlachecki z Podlasia, nie był księdzem. Rękopis Żery zatytułowany "Vorago rerum" został znaleziony na poddaszu jednego z dworków nadnarwiańskich przez Zygmunta Glogera, który jego fragmenty wydał osobno jako "Fraszki i opowiadania" w roku 1893. Na stronie 66 znajdziemy tam anegdotę "Jako dziadowie chciwi są". O sprawach warszawskich Żera nie wspomina.
  2. traktiernia (niem. traktieren - ugaszczać) daw. resteuracja niższego rzędu; jadłodajnia. - Słownik wyrazów obcych, Warszawa, 1980 [przyp. Sowa].

Źródło:

  • F. Galiński, Dziadowskie bale [w:] Gawędy o Warszawie, Warszawa 1960.


Do góry